|
Betelgeza znajduje się w końcu swojej ewolucji, co znaczy tyle, że już niedługo może stać się supernową. Biorąc pod uwagę jej bliską odległość, możemy dzięki temu mieć przez jakiś czas na niebie dwa słońca.
Betelgeza to czerwony nadolbrzym (masa około 15 razy tyle co nasze Słońce) w gwiazdozbiorze Oriona. Ostatnio naukowcy zaobserwowali, że gwiazda ta zaczyna tracić masę, co znaczy, że najprawdopodobniej rozpoczyna się tam zjawisko kolapsu (zapadania) grawitacyjnego - polegające na tym, że skupiska materii kurczą się pod wpływem siły ciążenia. Astronomowie uważają, że może być to związane z tym, że gwieździe po prostu kończy się paliwo. Gdy się ono wyczerpie, zapadnie się ona gwałtownie, co w rezultacie da ogromną eksplozję, która będzie miliony razy jaśniejsza niż Słońce. Jednak biorąc pod uwagę naszą odległość od gwiazdy, wynoszącą około 400-500 lat świetlnych, na Ziemi to zjawisko może być widoczne pod postacią "drugiego Słońca", nieco jaśniejszego niż księżyc w pełni. Zjawisko to tak naprawdę jest bardzo nieprzewidywalne i może ono zarówno nastąpić w ciągu najbliższych tygodni, jak też w ciągu najbliższych kilku milionów lat. Jednak wszelkiej maści zapaleńcy i domorośli prorocy łączą to (a jakże by inaczej) z przewidzianym na 2012 rok końcem świata. Odkładając jednak takie teorie na bok, wybuch supernowej w takiej odległości raczej niczym nam nie grozi. Wręcz przeciwnie, dostarczy on nowych pierwiastków. Pamiętajmy przecież, że zarówno Ziemia jak i cały Układ Słoneczny, zbudowany jest właśnie z materii pochodzącej z wybuchów supernowych, które nastąpiły w odległej przeszłości. 99 procent energii pochodzącej z takiego wybuchu dotrze do nas w formie neutrino, które cały czas przechodzą przez nas niezauważone. Dodatkowym efektem jaki może to spowodować jest powstanie gwiazdy neutronowej lub czarnej dziury, szanse na zaistnienie tych zjawisk są mniej więcej równe. Nie ma jednak co się zbytnio ekscytować, póki co, jako że jak wcześniej pisaliśmy, może to równie dobrze nastąpić za 2 tygodnie jak i za 2 miliony lat (przy czym ta druga opcja jest dużo bardziej prawdopodobna). Dla wszystkich fanów Armageddonu w 2012 roku mamy również złe wieści, już wcześniej kilkukrotnie mogliśmy obserwować wybuchy supernowych i koniec świata jeszcze nie nastąpił. Największy z nich miał miejsce w 1006 roku naszej ery. Z tamtego okresu można znaleźć zapisy na całym świecie potwierdzające zaobserwowanie wybuchu, od Szwajcarii, przez Egipt, aż po Chiny i Japonię. Według badaczy była to supernowa typu Ia, przez kilka tygodni świecąca z siłą miliardy razy większą niż Słońce. Dzięki temu na Ziemi przez pewien czas w nocy mogło być niemal tak jasno jak w dzień. XI wiek ogólnie był szczęśliwy dla miłośników astronomii, jako że w 1054 można było zaobserwować kolejny wybuch supernowej, dużo słabszy jednak niż ten z roku 1006. Ostatnie tego typu zdarzenia z powierzchni naszej planety można było zobaczyć w roku 1572 oraz 1604. www.twojapogoda.pl Artystyczna wizja wybuchu gwiazdy Betelgeza. Eksplozja supernowej przypadająca na 2012 rok wiąże się z jedną z licznych przepowiedni końca świata. Nazwa pochodzi od arabskiego يد الجوزاء („Jad al-Dżauzā”, „Ręka [gwiazdozbioru] Bliźniąt”, „Ręka olbrzymki”– mistycznej kobiety, która ma rządzić wszechświatem). Nazwa ta występuje już w książce arabskiego astronoma Abda Al-Rahmana Al Sufiego opisującej gwiazdozbiory i gwiazdy stałe. Na zdjęciu: Islamska mapa nieba; w prawym dolnym rogu widoczna "Olbrzymka" unosząca ręce , w prawym łokciu widnieje właśnie Beletgeza. ___________________________________ Dwa Słońca Od dłuższego czasu leży na moim biurku wycinek z „Gazety Wyborczej” zatytułowany „Drugie słońce”. Ta krótka informacja brzmi następująco: „Pięć tysięcy lat temu niebo rozświetlił wybuch gwiazdy, tzw. supernowej. Blask wybuchu dorównywał księżycowi w pełni, choć katastrofa zdarzyła się 1400 lat świetlnych od Ziemi – poinformowali astronomowie z Johns Hopkins University. Świetlista kula o średnicy sześciokrotnie większej od naszego satelity rozświetlała niebo przez kilka lat, widoczna również za dnia – niczym drugie słabsze Słońce. Astronomowie sądzą, że pozostałością tej eksplozji i echem fali uderzeniowej jest dziś wielka Mgławica Włóknista w gwiazdozbiorze Łabędzia. Naukowcy obliczyli szybkość rozszerzania się mgławicy. To pozwoliło określić czas i odległość katastrofy. Jej świadkami byli członkowie najstarszych cywilizacji: starożytni Sumerowie i Egipcjanie. Nie zachowały się jednak żadne wzmianki, choć nieustanny dzień musiał być w życiu pradawnych ludów czymś niezwykłym. Po raz ostatni supernową w naszej galaktyce obserwował duński astronom Tycho de Brahe w 1572 r. Był zdumiony widokiem nowej gwiazdy w gwiazdozbiorze Kasjopei, łatwo widocznej również w dzień, która dorównywała jasnością planecie Wenus. W 1054 roku chińscy i arabscy astronomowie zanotowali nową gwiazdę w gwiazdozbiorze Byka, sześć razy jaśniejszą niż Wenus (dziś pozostała po niej Mgławica Kraba)”.
Niepokoiła mnie ta notatka, niepokoi nadal, bez przerwy porusza moją wyobraźnię. Zastanawiałem się, jak to możliwe, by obecność dwóch słońc na niebie nie pozostawiła żadnych śladów w mitach i wierzeniach starożytnych. Aż oto przypomniałem sobie o napisanej w 1577 roku – a zatem pięć lat zaledwie po obserwacjach duńskiego uczonego – sztuce teatralnej Jana Kochanowskiego, noszącej tytuł „Odprawa posłów greckich”. Nie wiem, czy Kochanowski wiedział lub choćby mógł był wiedzieć coś o badaniach nieba przeprowadzonych przez Tycho de Brahe. Z pewnością nie wiedział nic o wydarzeniu obserwowanym przez Sumerów i Egipcjan przed pięcioma tysiącami lat. Niemniej zastanawiający wydaje się ten oto fragment monologu Kasandry:
Owóż mamy dwie słońcy, owóż dwie Troi, Owóż i łani głębokim morzem płynie. Nieszczęśliwa to łani, złej wróżki łani.
Pomijając już fakt, dla mnie niezwykle interesujący, iż słońce występuje tu bądź w rodzaju żeńskim, bądź w umarłej dawno w polszczyźnie liczbie podwójnej (ten drugi przypadek byłby jeszcze bardziej zastanawiający), budzi zdumienie fakt zapisania owej o dwóch słońcach mówiącej wizji. Sam to Kochanowski wymyślił czy może odnalazł w dawniejszych jakichś zapiskach (przyznam, iż na potrzeby tego felietonu nie chce mi się sięgać ani do Homera, ani do innych autorów dawnych, u których być może znajdą się jakieś obrazy dwóch słońc). W literaturze polskiej wszakże owe dwa słońca po latach znów się pojawiły i to nie gdzie indziej, jak w „Panu Tadeuszu”, gdy Domeyko z Doweyką, dość mając już ciągłego mieszania ich imion oraz czynów, wykrzykują zgodnie:
Dosyć! Trzeba raz rzecz skończyć, Bóg nas czy diabeł złączył, trzeba się rozłączyć: Dwóch nas, jak dwóch słońc, pono zanadto na świecie.
Oczywiście, te dwa słońca, z których na niebie miejsce może przypaść tylko jednemu, są jakby negatywem wizji pojawiającej się w utworze Kochanowskiego, wszakże też wydaje się zastanawiające, dlaczego Mickiewiczowi akurat o dwóch słońcach zechciało się tutaj napisać. Skądś zapewne ten obraz dwóch słońc doń przywędrował, z jakiejś materii – a niech będzie to i materia podświadomości, materia archetypu nawet – doświadczenia chyba musiał się wyłonić. Pewnym tu, oczywiście, niczego być nie można. Ale też warto się zastanowić i nad tym sformułowaniem: „dwóch słońc pono zanadto”: podobno zatem, ale nie na pewno. Bo być może, zdaje się sugerować to zdanie, jednak dla dwóch słońc miejsce by się znaleźć mogło. A może już się kiedyś znalazło? Nie sposób ustalić, co autor tu sugeruje. W każdym razie trudniejsze jest to niż odczytanie dwusłonecznej wizji z „Odprawy posłów greckich”: tam wszak to mowa ślepej – Kasandra przecież była niewidomą niewiastą – snującej wizje jakby nie z tego świata, lecz tego świata dotyczące, zapowiadające jakieś straszne wydarzenia. Owa ślepota jednak może być potraktowana symbolicznie, wizja zaś, która się pojawia, jako wyraz utajonej, dawnej, przez pokolenia przenoszonej wiedzy o świecie, w którym dwa na niebiosach słońca znaczyły czas nieszczęść.
Jak widać, można się bawić w śledztwo łączące współczesną gazetową notatkę o odkryciach astronomicznych z zapisami poetyckimi, które zdają się być świadectwem zdarzeń, co owe odkrycia po tysiącleciach dopiero nam uprzytamniają. Nie chcę przez to powiedzieć, że ten typ skojarzeń ma cokolwiek wspólnego z naukowością. Chcę jedynie wskazać na to, iż odkrycia naukowe mogą stać się przedmiotem swobodnej i bezinteresownej gry wyobraźni. I przyznam, że byłoby dla mnie rzeczą bardzo interesującą prześledzenie obrazu dwóch słońc w literaturze starożytnej, może w jakichś sennikach, może w mitach i podaniach, niekoniecznie zresztą z naszego kręgu kulturowego – wszak owe dwa słońca sprzed tysiącleci świeciły nie tylko nad głowami ludów zamieszkujących basen Morza Śródziemnego, zapewne widziano je w Indiach i w Chinach. To przecież było zjawisko niezwykłe, ale też jego trwanie było zarazem wystarczająco długie (kilka lat) i wystarczająco krótkie, by zostało zapamiętane i pozostawiło wrażenie zjawiska „niebywałego”. I jak to? Nic z tego nie zapamiętaliśmy? Wierzyć się nie chce.
Leszek Szaruga/ 2002 rok
|