Home Przeszłość Historia Katastrofalna odwilż

Menu użytkownika

Reklamy

Pomóż utrzymać tę stronę
Pietrek
 
Katastrofalna odwilż PDF Drukuj Email
Historia
Wpisany przez ap   
Sobota, 22 Styczeń 2011 08:30

Największy znany nauce potop w historii ludzkości zdarzył się kilkanaście tysięcy lat temu. Ślady po nim zostały do dziś. Kiedy przyjdzie kolejny?

 

Gorąco, choć wiatr wieje jak szalony. Wspinamy się na jedno ze stromych wzgórz otaczających Missoulę, urokliwe miasteczko uniwersyteckie (niecałe 100 tys. mieszkańców) w Montanie w USA. Dochodzimy do wielkiego betonowego i pomalowanego na biało M, które miejscowi studenci wymurowali na zboczu (to taka amerykańska tradycja pisania po górach, tak żeby wszyscy widzieli). Pod nami płaska jak stół dolina, którą kiedyś wypełniało lodowcowe jezioro Missoula. Znikło ono w jednej chwili 12 tys. lat temu, kiedy ocieplenie naruszyło jeden z języków lodowca, który wtedy pokrywał znaczną część półkuli północnej (w tym samym czasie rodził się nasz Bałtyk), i rozbiło lodową tamę oddaloną o 300 km na północny zachód od dzisiejszego miasta.

2,5 tys. km sześc. wody, ponad dwa razy więcej, niż wypełnia dziś jeziora Erie i Ontario (dwa z pięciu amerykańskich Wielkich Jezior), runęło wodospadem w 700-kilometrową drogę do Oceanu Spokojnego.

To tylko jeden z kataklizmów, którymi kończyła się ostatnia epoka lodowa, trwający 2,5 mln lat plejstocen, i rozpoczynała epoka człowieka, czyli holocen. Choć niektórzy twierdzą, że plejstocen wcale się nie skończył, a nasz świat umrze tak szybko, jak się narodził, kiedy glacjał powróci i z powrotem zmrozi wszystko na kość. No, chyba że szyki pokrzyżuje mu globalne ocieplenie.

Kiedy tama pęka

Wzgórza otaczające Missoulę są pomarszczone jak czoło starego człowieka. Poziome bruzdy widać szczególnie wyraźnie rano lub wieczorem, kiedy ciepłe słońce wyciąga na publiczny widok wszelkie nierówności. Owe blizny, które naukowcy nazywają plażami, a widziane z powietrza wyglądają jak rozchodzące się po zboczach doliny pierścienie, pozostawiło po sobie właśnie pradawne jezioro, falując, wypełniając dolinę, a potem z niej odpływając. Tworzą one pofałdowany krajobraz, który nie zmienił się od 10 tys. lat.

Najwyższe plaże sięgają 1,4 tys. m n.p.m. Gdyby dziś jezioro znowu wypełniło dolinę, niskie dachy Missouli znalazłyby się aż 700 m pod jego powierzchnią!

 

 

 

Takie popowodziowe blizny są zresztą widoczne nie tylko w dolinie Missouli. Także preria w północno-zachodniej Montanie pokryta jest zmarszczkami - wysokimi na 15 m i długimi na 150. Owe ziemne wały zostały naniesione przez potężne prądy przydenne szalejące w rzece, która z prędkością 100 km/godz. wylała się z jeziora. A kiedy powódź dotarła do Wyżyny Kolumbii położonej na północy dzisiejszych USA pomiędzy Górami Skalistymi a Kaskadowymi, wyrzeźbiła w niej olbrzymią sieć połączonych ze sobą kanałów, zrywając warstwę gleby i lessu, ryjąc po bazaltowych skałach i zostawiając za sobą potężne głazy narzutowe oraz hałdy żwiru. Pokonując przełomy, utworzyła gigantyczne wodospady, dzisiaj już suche, ale wtedy kilkakrotnie większe niż największe dziś na Ziemi wodospady Niagara.

Śladem ówczesnego potopu płynie dziś o wiele płytsza, ale jedna z najpotężniejszych rzek USA - Kolumbia. A warstwa osadów wyniesiona wtedy przez potop do oceanu oddalona jest aż o 1000 km od jej ujścia.

Kataklizm, który opróżnił dolinę, zaczął się zapewne od małego pęknięcia w lodowej tamie, która trzymała w szachu jezioro w wąskiej dolinie na dzisiejszej granicy stanów Idaho i Montana. Z powodu ocieplenia wody w jeziorze przybywało, a ciśnienie, jakie wywierała ona na lód, stawało się nie do wytrzymania. Najpierw woda zaczęła go zapewne podmywać i rzeźbić pod nim kanały. Przez tamę zaczął przepływać strumyk, który szybko zamienił się w rzekę. Kiedy lodowa zapora pękła, jezioro opróżniło się w ciągu ledwie dwóch dni!

Jak szacują naukowcy, w ciągu jednej sekundy przez wyrwę w lodzie przelewało się wtedy dziesięć razy więcej wody niż dziś przez ujścia wszystkich rzek świata. To był jeden z największych albo nawet największy potop w historii ludzkości (bo wykopaliska pokazują, że ludzie już wtedy w Ameryce byli). Co zabawne, o to, czy w ogóle się zdarzył, amerykańscy geolodzy spierali się przez całe lata. Kiedy w 1979 r. Amerykańskie Towarzystwo Geologiczne honorowało autora powodziowej hipotezy 97-letniego J. Harlana Bretza swoim medalem, miał on cierpko zażartować: "Wszyscy moi adwersarze już nie żyją. Nie mam nad kim triumfować".

Lód jednak nie poddawał się łatwo. W ciągu następnych 2,5 tys. to wracał, to się cofał. Razem z nim pojawiało się i znikało jezioro Missoula, aż ok. 10 tys. lat temu ówczesne ocieplenie zaczęło wypierać na Daleką Północ lodowiec pokrywający znaczną część Ameryki Północnej i Eurazji.

Średnia globalna temperatura podskoczyła od tego czasu o 5 st. C. Niby niewiele, ale efekty tej zmiany są przecież, jak widać, ogromne.

Klimatyczne fanaberie

Ślady innych superpowodzi odkryto m.in. także w Kanadzie, Szwecji i na Syberii. Takich kataklizmów musiało być jednak o wiele, wiele więcej. Dlaczego? Bo w trwającej 4,5 mld lat historii Ziemi można wyróżnić co najmniej pięć wielkich zlodowaceń: ** pierwsze sprzed 2,9 mld lat; ** drugie trwające od 2,45 do 2,2 mld lat temu; ** trzecie (850-550 mln lat temu), kiedy Ziemia przypominała śnieżkę, bo jak sądzi wielu badaczy, prawie cała była wtedy skuta lodem; ** czwarte sprzed 340-260 mln lat, kiedy wszystkie dzisiejsze kontynenty połączone były w wielką Pangeę, a w ziemi zmagazynowały się ogromne zapasy węgla kamiennego (umierając, rośliny bagienne tworzyły torf, a ten przykryty glebą zmieniał się w węgiel); ** i piąte - ostatnie, plejstoceńskie.

Wszystkie epoki lodowe były bardzo niejednorodne, poprzecinane okresami chłodniejszymi - glacjałami, i cieplejszymi - interglacjałami.

Mniej więcej od przełomu XIX i XX w. wiemy, że za te klimatyczne fanaberie odpowiadają zmiany w nasłonecznieniu powodowane głównie wahaniami w ruchu Ziemi dookoła Słońca.

To właśnie tego argumentu najczęściej używają klimatyczni sceptycy, którzy podważają dziś teorię globalnego ocieplenia. Wzrost temperatury, podnoszenie się poziomu morza, topnienie lodowców, rozpływanie się arktycznej czapy lodowej? Wszystko to już było - mówią sceptycy - klimat zmienia się od miliardów lat i człowiek nie miał z tym wszystkim nic wspólnego. Poczekajmy, a po ociepleniu na pewno przyjdzie kolejna epoka lodowa.

Niestety, choć sceptycyzm jest wygodny, bo zakłada, że nie ponosimy za zmiany klimatu odpowiedzialności, klimatolodzy nie potrafią dziś wskazać innych przyczyn obecnego ocieplenia niż zawiniony przez ludzi wzrost stężenia gazów cieplarnianych. Działają one na Ziemię jak pierzyna, zatrzymując w dolnych warstwach atmosfery ciepło wypromieniowywane przez planetę ogrzewaną promieniami słonecznymi.

Najważniejszym z tych gazów produkowanych przez człowieka jest dwutlenek węgla. Dzięki badaniom rdzeni lodowych wywierconych z Antarktydy i Grenlandii wiemy, że w ciągu ostatnich 800 tys. lat spadki i wzrosty stężenia CO2 w atmosferze Ziemi były ściśle związane ze spadkami i wzrostami temperatury. - Związek jest, ale co jest przyczyną, a co skutkiem? - pytają sceptycy. Klimatologom wydaje się to oczywiste - zatrzymywanie ciepła to jedna z fizycznych właściwości dwutlenku węgla.

Co gorsza, ocieplenie może spowodować wzrost stężenia w powietrzu innego, jeszcze silniejszego gazu cieplarnianego - metanu.

Odwilż i znowu potop?

Aż jedną czwartą lądów półkuli północnej skuwa bowiem wieczna zmarzlina, czyli warstwa wymieszanej z lodem ziemi, która pozostała po plejstocenie, a dziś odseparowana od ciepłego powietrza miękką glebą nie puszcza nawet latem. Z wielu obserwacji wiemy, że w ostatnich latach zmrożony grunt zaczął jednak tajać, zamieniając się w bagna i wypuszczając do atmosfery bąble metanu powstającego w trakcie beztlenowego rozkładu substancji organicznych.

Skala tego zjawiska nie jest jeszcze do końca poznana, ale klimatolodzy już alarmują, że beztroskie pompowanie w powietrze dwutlenku węgla uruchomiło proces, którego poważnych skutków - dla ludzkości i całej biosfery - nie jesteśmy dziś w stanie ani do końca przewidzieć, ani zatrzymać.

Zagraża nam np. globalna odwilż - rozmarzanie wiecznych, wydawałoby się, lodowców na Grenlandii, a także w zachodniej Antarktydzie. Grozić to może podniesieniem się średniego poziomu morza. Ponad 100 tys. lat temu, kiedy temperatury nad Grenlandią były wyższe od dzisiejszych o blisko 5 st. C (a modele klimatyczne pokazują, że mogą one znowu o tyle wzrosnąć do końca wieku), poziom morza był o 4-6 m wyższy niż teraz.

Naukowcy sądzą, że topniejąca lodowa wyspa mogła wtedy odpowiadać nawet za połowę tego przyrostu.

I znowu - jak niewiele trzeba, by świat zmienił się nie do poznania.

 

Tomasz Ulanowski


 Źródło: Gazeta Wyborcza

 

Komentarze
Dodaj nowy Szukaj
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytuł:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
:angry::0:confused::cheer:
B):evil::silly::dry:
:lol::kiss::D:pinch:
:(:shock::X:side:
:):P:unsure::woohoo:
:huh::whistle:;):s
:!::?::idea::arrow:
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.

!joomlacomment 4.0 Copyright (C) 2009 Compojoom.com . All rights reserved."

Zmieniony: Sobota, 22 Styczeń 2011 08:33
 
 

Szukaj w serwisie

Czas do 2012

Time now
19. May 2012, 21:17
Count to
21. December 2012, 12:00
Time left
215 days
15 hours
42 minutes

Nasza księgarnia

Kup i czytaj
Reklama
Reklama
Reklama