Pozrywane dachy, drzewa wyrwane z korzeniami, ludzie bez prądu i największe od 1974 roku fale - to efekt potężnego cyklonu Yasi, który dotarł do australijskiego regionu Queensland. Zniszczenia są gigantyczne, na szczęście nie ma informacji o ofiarach śmiertelnych.
Tak jak przewidywali meteorolodzy, Yasi wdarł się do Australii z ogromną prędkością, w porywach sięgającą nawet 300 km/h. Wichura wyrywała drzewa z korzeniami, zrywała dachy i linie energetyczne. Wiele miejscowości, wśród nich Mission Beach i Tully, zostało niemal całkowicie zdemolowanych przez kataklizm. Na razie nie ma jednak informacji o ofiarach. Z obawy przed huraganem tysiące ludzi uciekły do przygotowanych wcześniej schronów lub zabarykadowały się w swoich domach.
- Na szczęście na razie nie ma żadnych doniesień o ofiarach lub bardzo poważnych szkodach w ciągu nocy - powiedziała premier Queensland Anna Bligh po godzinie 7.00 czasu lokalnego (21.00 czasu polskiego).
Stany Zjednoczone zapowiedziały już, że są gotowe do pomocy. - Z niepokojem obserwujemy pogodę w Queensland. Jeśli tylko Australia będzie potrzebowała pomocy, jesteśmy gotowi - powiedział Kurt Campbell, sekretarz stanu w administracji Baracka Obamy.
5/5 punktów
5/5 punktów w skali Shaffira - Simpsona - taką siłę osiągnął huragan, który dotarł po godzinie 15 czasu polskiego, a o 1.00 w nocy czasu lokalnego do północno-wschodniego wybrzeża Australii. Jednak po wejściu na australijski ląd wyraźnie stracił impet, i otrzymał już kategorię trzecią.
Meteorolodzy ostrzegają jednak, że Yasi, choć słabszy, nadal będzie bardzo groźny. Wiatr będzie wiał z prędkością do 125 km/h i będą towarzyszyć mu burze i obfite opady, powodujące powodzie.
Huragan Yasi określony został jako najpotężniejszy w historii Australii.
Adobe Flash Player not installed or older than 9.0.115!
Adobe Flash Player not installed or older than 9.0.115!
Mieszkańcy w schronach
Mieszkańcy północnego Queensland wiedzieli o huraganie już od tygodnia - władze robiły wszystko, żeby jak najlepiej przygotować ludzi do zbliżającego się kataklizmu. Tysiące osób wyjechały na inną część kontynentu, inni wciąż są zamknięci w domach, albo w specjalnie przygotowanych do tego schronach.