Sejsmolodzy nie byli zaskoczeni wstrząsem, który dwa dni temu zniszczył Haiti. Ostrzegali przed nim już dwa lata temu.
 Trzęsienia ziemi to konsekwencja ruchu płyt tektonicznych, na które podzielona jest ziemska litosfera (czyli sztywna powłoka globu sięgająca do głębokości ponad 100 km). Płyty przesuwają się powoli wraz ze znajdującymi się na nich kontynentami i wyspami. Do wędrówki popycha je ciepło wnętrza planety, przenoszone ku powierzchni za pomocą prądów konwekcyjnych.
W jednych miejscach płyty litosfery odsuwają się od siebie, w innych - zbliżają i zderzają, co prowadzi do wstrząsów sejsmicznych i wulkanizmu. Na Karaibach spotykają się ze sobą niewielka płyta karaibska przesuwająca się na wschód oraz olbrzymia płyta amerykańska prąca na zachód. Strefa kolizji obejmuje cały łuk Wielkich i Małych Antyli, ze znajdującymi się na nich licznymi stożkami wulkanicznymi.
W rzeczywistości te geologiczne puzzle są jednak znacznie bardziej skomplikowane. Wzdłuż linii zwarcia obie płyty popękały i podzieliły się na mniejsze bloki. I teraz te mikrusy są jak w imadle zgniatane z obu stron przez olbrzymy.
Haiti leży na jednym z takich odprysków (zwanym mikropłytą Gonave). Wyspę przecinają równoleżnikowo dwa uskoki: północny oddziela ją od płyty amerykańskiej, południowy - od karaibskiej. Tragiczny w skutkach wstrząs wystąpił w pobliżu tego ostatniego.
Czy można go było przewidzieć? Kiedy w marcu 2008 r. na doroczną Karaibską Konferencję Geologiczną w stolicy Dominikany Santo Domingo przyjechał z nowymi badaniami prof. Paul Mann z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin, miał do zakomunikowania nieprzyjemne wiadomości. Wieszczył, że w regionie obejmującym Haiti, Dominikanę i Jamajkę w najbliższym czasie może wystąpić trzęsienie ziemi o sile 7,2 stopni w skali Richtera. To wstrząs wystarczająco mocny, aby burzyć domy i zabijać ludzi, choć nie z tych rekordowych osiągających 8,5-9 stopni.
Badacze ustalili to, mierząc naprężenia w skałach po obu stronach uskoku. Gdyby płyty litosfery przesuwały się względem siebie łagodnie i bez oporów, trzęsień by nie było. Niestety, te sztywne bloki skał wzajemnie się klinczują. Podczas przymusowych postojów ścieśniają się, czekając na dogodny moment do ruszenia. Im dłużej trwa ten stan bezruchu, tym więcej niszczycielskiej energii gromadzi się pod ziemią. I tym gwałtowniejsze kolejne przesunięcie mas skalnych.
Taki przedłużający się okres względnego spokoju w regionie aktywnym sejsmicznie, a takim bez wątpienia są Karaiby, źle wróży.
A w pobliżu Port-au-Prince ziemia zadrżała silnie po raz ostatni w 1770 r. Od blisko 240 lat pod ziemią rosły więc naprężenia i gromadziła się energia. Jak prognozował prof. Mann, wcześniej czy później wstrząs musiał nastąpić.
Czy rezerwuar niszczycielskich mocy drzemiących wzdłuż tego uskoku ciągnącego się od Haiti po Jamajkę został już opróżniony? Liczne wstrząsy wtórne, których zanotowano już kilkadziesiąt, mogą świadczyć o tym, że energia stopniowo się rozładowuje. Ale z ostatecznym wnioskiem trzeba poczekać, aż sejsmolodzy to dokładnie zmierzą.
Niektórzy, jak William McCann z Earth Scientific Consultants w Westminster (USA), uważają, że można się spodziewać trzęsienia jeszcze silniejszego. Istnieje też ryzyko, że ostatni wstrząs zwiększy ciśnienie w innej części tego samego uskoku, np. w pobliżu Jamajki. W latach 90. badacze doszli do wniosku, że trzęsienia ziemi czasem zachowują się względem siebie jak przewracające się kostki domina.
Gdzie jeszcze można się spodziewać katastrofy? Prognoz jest wiele. Megawstrząs grozi Tokio, Stambułowi, San Francisco. Na liście najbardziej zagrożonych metropolii są też Teheran, kilka miast chińskich i indyjskich.
Wielkie fale tsunami wzbudzone przez podmorskie trzęsienia zagrażają przede wszystkim wybrzeżom Chin, Peru oraz lądom wokół mórz Śródziemnego i Karaibskiego, a także po raz kolejny wyspom Indonezji. Następny kataklizm może unicestwić port Padang, gdzie mieszka 800 tys. ludzi.
W latach 70. sejsmolodzy byli w większości optymistami i sądzili, że kiedyś będą umieli dokładnie prognozować trzęsienia ziemi. Potem zawładnął nimi pesymizm - uznano, że zjawisko jest nieprzewidywalne. Dziś przeważa realizm - próbuje się oszacować ryzyko silnego wstrząsu w najbliższych dekadach.
To może się wydać mało satysfakcjonujące, ale wystarczy, aby z wyprzedzeniem przygotować się na wstrząs. Bo to nie trzęsienie ziemi zabija, lecz zniszczone przez kataklizm budynki - jak od lat powtarza Rober Bilham, sejsmolog z uniwersytetu stanowego Colorado, autor licznych prac przestrzegających przed potężnym wstrząsem na południowym przedpolu Himalajów, który może zmieść z powierzchni ziemi wielomilionowe aglomeracje w dolinie Gangesu.
Źródło: Gazeta Wyborcza
|