Home Religie i Wierzenia Religie i Wierzenia Przed nocą andrzejkową

Menu użytkownika

Reklamy

Pomóż utrzymać tę stronę
Pietrek
 
Przed nocą andrzejkową PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 
Religie i Wierzenia
Wpisany przez ap   
Poniedziałek, 30 Listopad 2009 11:36

W niedzielę, w nocy z 29 na 30 listopada, przypadają tradycyjne Andrzejki.

 

Ta noc ma ponoć magiczną moc. Według dawnych wierzeń w wigilię św. Andrzeja uchylają się wrota do nieznanej przyszłości, zwłaszcza jeżeli chodzi o sprawy miłości. Dlatego wiążą się z wróżbami związanymi z miłością i małżeństwem.

Do Polski zwyczaj przywędrował w XVI wieku i trwa do dziś. Najbardziej znane jest lanie wosku i wróżby z fusów. W zamglonej szybie też można ujrzeć twarz przyszłego męża.Zawsze jednak należy uważać na to o czym się marzy .


Mieszczka łódzka Zosia Strasibotka była sądzona za konszachty z czartem w 1652 roku. Nie spłonęła na stosie, bo wyzionęła ducha podczas procesu. Ale pozostała jedyną znaną z nazwiska łódzką czarownicą. Domniemaną czarownicą.

Choć trudno to zrozumieć pokoleniu wychowanemu na Harrym Potterze, kiedyś za czary i związki z magią palono na stosie. Przed tradycyjnym świętem wróżb, przypominamy procesy czarownic, które miały miejsce także w Łodzi. Mimo że było to spokojne miasteczko, czart i tu harcował...

Zosia Strasibotka

Pierwszy zapis na temat procesu czarownicy znajduje się w aktach miejskich Łodzi z 1638 roku. Wydaje się, że było to pojedyncze wydarzenie w spokojnym na ogół, maleńkim miasteczku. Ławnicy miejscy nie umieli obchodzić się ze sługami szatana, dlatego do pomocy wezwali specjalistów z okolicznych miejscowości, bardziej doświadczonych w ściganiu szatańskich wspólniczek. Gdy 14 lat później wyszła na jaw kolejna sprawa - o czary została posądzona niejaka Zosia Strasibotka - mieszkańcy Łodzi znowu poprosili o pomoc sędziów ze Rzgowa. Jak piszą badacze, na swym terenie "prowadzili oni skuteczną walkę z czartem, wysyłając na stos jego wspólniczki". Łodzianie nie byli gotowi sami stanąć twarzą w twarz z czarownicą, która miała związki z mocami piekielnymi. Przybysze ze Rzgowa tak solidnie wzięli się za Zosię, że ta nie wytrwała do końca procesu i wyzionęła ducha. Śmierć w torturach dla poszukiwaczy czarownic nie była jednak wcale dowodem jej niewinności. Jak czytamy w różnych relacjach z procesów, które miały miejsce na ziemiach polskich - mógł przecież brać w tym udział sam szatan. Być może to on udusił czarownicę, by nie dopuścić do jej spalenia na stosie... Takie argumenty wysuwali niekiedy prowadzący procesy sędziowie.

Nie wiadomo, czym się naraziła sąsiadom kobieta, którą posądzono o zmowę z szatanem. Najczęściej w takich przypadkach powodem było rzucenie uroku na ludzi bądź zwierzęta lub posiadanie talentów, które wskazują na kontakty z siłami nieczystymi. Jakiekolwiek były powody oskarżenia Zosi, finał wyglądał podobnie jak w innych miastach i miasteczkach. Podejrzewana musiała w długotrwałym i ciężkim procesie dowieść swojej niewinności. A nie było to proste.

Kobiety bardziej podatne

Polskę uważa się powszechnie za państwo bez stosów. Mówimy z dumą o polskiej tolerancji. Mimo to badacz tematu, łódzki naukowiec Bohdan Baranowski, autor książki „Procesy czarownic w Polsce w XVII i XVIII wieku”, szacuje, że ofiarami procesów w Polsce padło około 10 tysięcy osób, w tym głównie kobiety. Fakt, że to one są bardziej skłonne ulec kuszeniu szatana udowodniła już biblijna historia Adama i Ewy. Kto dał się złapać na obietnice diabła? Oczywiście Ewa. W zasadzie kobiety są też z natury - co udowadniali średniowieczni „eksperci” - mniej pobożne. Nawet słowo kobieta (femina) ich zdaniem ma swoją istotną etymologię. Pochodzić ma od słów fe - fides, czyli wiara, i mina - minus, co znaczy mniej. To dlatego bardziej wiarołomne kobiety najczęściej podejrzewane były o czary i uległość wobec diabła, a także wyrządzanie zła poprzez rzucanie uroków. W XVI, XVII i XVIII wieku za rzucanie uroku tysiące kobiet trafiło na stosy w różnych zakątkach Europy, a także obu Ameryk. Postępowanie wobec niewiasty podejrzanej o czary, a tym samym związki z czartem, wyglądało wszędzie podobnie. Procedura przybyła na polskie ziemie z zachodniej Europy. To tam wydany został w 1486 roku „Młot na czarownice”, swoisty kodeks postępowania wobec czarownic przygotowany przez benedyktyńskich inkwizytorów. Udowadniali w nim m.in., że mężczyźni są bardziej odporni na zakusy szatana, bo przecież Jezus był mężczyzną i tym podobne brednie. Traktat zawierał też stwierdzenie, że „wiara w istnienie czarownic jest nieodłączną częścią wiary katolickiej, a niedowiarstwo w tej sprawie równa się herezji”. Choć już w 1490 roku inkwizycja potępiła książkę, uznając, że jest niezgodna z teologią katolicką i propaguje nieetyczne procedury prawne, w Europie już płonęły stosy. Przez blisko trzy stulecia domniemane czarownice sądzono według kodeksu wyznaczonego przez autorów haniebnej książki.

W Polsce pierwsza kara śmierci została wykonana w 1511 roku w Waliszewie koło Poznania. Za co? Czarownica swoimi zaklęciami doprowadziła do ruiny - tu uwaga! - kilka tamtejszych browarów. Jaki miała w tym cel? Trudno powiedzieć. Rzecz została jednak udowodniona, a kara wymierzona.

Próby wody, ognia i łez

Zanim czarownicę stracono, musiała przejść prawdziwą drogę przez mękę, której zasady opisali inkwizytorzy. Ich następcy w różnych krajach dorzucali do tych praktyk kolejne okrucieństwa, które miały pomóc im wytropić i ukarać wspólniczki czarta. Łódzka Zosia Strasibotka pewnie też została poddana kolejnym próbom. Nie wiadomo, czy najpierw poddano ją próbie ognia czy wody. Ani w której z łódzkich rzeczek kobietę pławiono, sprawdzając czy pójdzie na dno, czy się na wodzie utrzyma.

Większość mieszkańców osiedlała się przy rzece Łódce, a nieopodal stawu był rynek z ratuszem (dziś Stary Rynek), skąd parę kroków wiodło do placu na rozdrożu, przy którym stał drewniany kościół parafialny Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Proces musiał się rozgrywać gdzieś w pobliżu, może na ryneczku, może na placu kościelnym. Pewnie zeszli się wszyscy mieszkańcy, by oglądać, co się stanie z Zosią. I czy czart przybędzie, by jej pomagać. Może wśród gapiów byli sąsiedzi nieszczęsnej, którzy donieśli, że posiada ona jakieś nieczyste moce? To wszystko przypuszczenia, ale procesy czarownic wyglądały podobnie we wszystkich wioskach i miasteczkach Europy.

Pławienie polegało na tym, że lewą rękę oskarżonej przywiązywano do prawej nogi, a prawą do lewej i tak związaną kobietę opuszczano do wody na jakimś sznurze. Utrzymywanie się na powierzchni wody było dowodem, że mamy do czynienia z czarownicą, bo woda nie chce jej przyjąć. Jeżeli tonęła, oznaczało, że jest niewinna. To jednak nie wystarczało sędziom, którzy chcieli mieć pewność, że i tu nie wspierał oskarżonej szatan. Czekała ją próba ognia. Nieszczęsna kobieta musiała gołą ręką złapać rozgrzany do czerwoności żelazny pręt. Jeśli po trzech dniach rana dobrze się goiła, był to dowód, że jest niewinna. Innym wariantem tej próby było wydobywanie z wrzącego kotła jakiegoś przedmiotu. Może Zosia Strasibotka nie przeszła tej próby. Aby sędziowie ją uniewinnili nie powinna mieć oparzeń.

Może rzgowscy oprawcy znaleźli na jej ciele szatańskie znamię, jakieś zaczerwienienie, siniak, brodawkę, albo skutecznie chcieli je znaleźć, nakłuwając ciało dziewczyny igłami. Jeśli po nakłuciach nie pojawiła się krew, dla sędziów był to dowód, że Zosia jest diabelską pomocnicą. A może obolała i przerażona kobieta podczas tortur przyznała się, że spółkowała z diabłem Borutą, o którym słyszała, że w niedalekiej Łęczycy ma swoją siedzibę? Może nie przeszła próby łez i nie wzruszyła się, gdy czytano jej fragmenty Biblii opisujące mękę i śmierć Jezusa - kolejny dowód jej zepsucia. Może... Na pewno wiemy tylko tyle, że na skutek tortur umarła w czasie śledztwa.

Ostatnia wiedźma

Z monografii Łodzi dowiadujemy się, że kolejny proces czarownic szykował się w sąsiadujących z Łodzią Łagiewnikach. Tam w 1675 roku padł pomór na konie i bydło. Dziedzic Żeleski kazał wtedy poddać próbie wody wszystkie wiejskie kobiety. Pewnie pławione były w Bzurze w łagiewnickim lesie. Te, które nie szły od razu na dno, wsadził w dyby. Nie doszło do procesu ani niezawinionych śmierci, bo dziedziczka się zlitowała. Ciekawe, że dokładnie rok później Żeleski ufundował w pobliżu drewnianą kapliczkę znaną dziś jako kapliczka św. Antoniego - najstarszy zabytek Łodzi - i sprowadził wkrótce franciszkanów. Czart już omijał i Łagiewniki i pobliską Łódź. Ale inne wsie i miasteczka odwiedzał, a w każdym razie oskarżenia o czarną magię tam wciąż padały. Dopiero sto lat później miał miejsce ostatni wielki proces czarownic w Polsce.

We wsi Doruchów niedaleko Wieruszowa w 1775 roku na stosie spłonęło 14 kobiet. Powód? "Zadały kołtun" dziedziczce. Tym razem nie było litości. Sprowadzeni z Grabowa sędziowie poddali je torturom, a potem skazali na śmierć przez spalenie na stosie. Wyrok wykonano pod nieobecność księdza. Informacja o tym okrucieństwie obiegła Polskę i Europę, gdzie już królowało oświecenie i procesy czarownic uważane były za szkodliwy zabobon. Oburzenie było tak wielkie, że rok później Sejm Rzeczpospolitej uchwalił ustawę zakazującą używania tortur w śledztwie i znoszącą karę śmierci za czary. Do tego czasu pozbawiono w Polsce życia tysiące Zoś, Kaś i Jagienek.

Bohdan Baranowski podkreśla w swoich publikacjach, że w Polsce procesy czarownic nie rozprzestrzeniły się w tak znacznym stopniu jak w innych krajach środkowoeuropejskich, zwłaszcza w Niemczech, Austrii i Czechach, gdzie była to prawdziwa plaga. "Tam ofiary ich liczyć można było na dziesiątki lub nawet na setki tysięcy, u nas zaledwie na tysiące". Badacz przyznaje jednak, że zabobon ten przetrwał w Polsce dłużej niż gdzie indziej. Jak pisze w książce "W kręgu upiorów i wilkołaków", jeszcze w latach 50. XX wieku spotykał w Łodzi robotnice fabryczne, które wierzyły, że przyczyną ich rozwodu, a nawet alkoholizmu męża czy oglądania się za innymi kobietami, winę ponoszą czary rzucone przez rywalkę. Ostatni samosąd na domniemanej wiedźmie miał miejsce w Polsce w... 1946 roku!

***

W Słupsku zachowała się baszta czarownic, w której w XVII wieku przetrzymywano i torturowano skazane na śmierć za konszachty z diabłem. W Doruchowie jest wzgórze czarownic, na którym spalono 14 kobiet uznanych za wiedźmy. O łódzkiej Zosi Strasibotce, oskarżonej o czary i zmarłej na torturach, nikt już nie pamięta.

KORZYSTAŁAM Z PUBLIKACJI

Baranowski B., „Procesy czarownic w Polsce w XVII i XVIII wieku”, ŁTN, Łódź 1952; Baranowski B., „W kręgu upiorów i wilkołaków”, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1981; Baranowski B., Lewandowski W., „Nietolerancja i zabobon w Polsce”, Książka i Wiedza, Łódź 1950; „Łódź. Dzieje miasta. Tom I. Do 1918 roku”, red. tomu B. Baranowski, Jan Fijałek, PWN, Warszawa-Łódź 1980.

Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź

 

Komentarze
Dodaj nowy Szukaj
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytuł:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
:angry::0:confused::cheer:
B):evil::silly::dry:
:lol::kiss::D:pinch:
:(:shock::X:side:
:):P:unsure::woohoo:
:huh::whistle:;):s
:!::?::idea::arrow:
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.

!joomlacomment 4.0 Copyright (C) 2009 Compojoom.com . All rights reserved."

 
 

Szukaj w serwisie

Czas do 2012

Time now
24. May 2012, 23:42
Count to
21. December 2012, 12:00
Time left
210 days
13 hours
17 minutes

Nasza księgarnia

Kup i czytaj
Reklama
Reklama
Reklama