Unia Europejska nie ma pomysłu na to, jak pomóc uciekinierom, którzy w Europie szukają przyszłości.
Kiedy przed dżunglą - jak powszechnie nazywano dziki obóz nielegalnych imigrantów - we francuskim Calais pojawiły się wczoraj oddziały policji, przywitały je zastępy zdesperowanych ludzi, którzy pod adresem stróżów porządku miotali najgorsze przekleństwa.
fot.REUTERS/Pascal Rossignol)
- To wstyd, że tych ludzi traktuje się jak zwierzęta. Dzieci rzucano na podłogę, ludzi spychano z ich lepianek jak bydło - pomstowała 35-letnia Jessica Nora Shadia z Dunkirk, która obserwowała akcje policji.
Ale francuski minister do spraw imigracji Eric Besson nie pozostawiał żadnych złudzeń: musimy wreszcie skończyć z tą dżunglą, z tym przeklętym miejscem i dodawał od razu, że ten obóz stał się schronieniem dla handlarzy narkotyków, pospolitych bandytów, skrawkiem ziemi, nad którą francuskie prawo traciło kontrolę. A na to Paryż nie może sobie pozwolić.
Akcja zwijania obozu, w którym mogło się schronić 1500, a może nawet 2000 czy 2500 ludzi, przebiegała w świetle fleszy i kamer telewizyjnych. Były nie tylko przekleństwa, ale i ostre przepychanki oraz zatrzymania ponad 150 imigrantów, głównie z Pakistanu, Iranu i Afganistanu. Dla nich Calais miało być tylko przystankiem przed ruszeniem dalej, do wymarzonej Wielkiej Brytanii. Nic więc dziwnego, że operacja likwidacji obozowiska z wielką uwagą i niepokojem obserwowana była po drugiej stronie kanału La Manche.
Brytyjczycy od dawna naciskali na władze francuskie, płacili nawet spore pieniądze, byle tylko powstrzymać nielegalną
falę, której marzył się pobyt w Wielkiej Brytanii. Niedawno Londyn zaproponował nawet, że zapłaci każdemu z tych nielegalnych po dwa tysiące funtów, szterlingów, byle tylko porzucili swe plany przeniknięcia do Wielkiej Brytanii.
Taki delikwent z gotówką w ręku miał być odesłany do swojego kraju, tam zacząć własny biznes, a odleciałby do ojczyzny na koszt brytyjskiego podatnika francuskimi samolotami. Propozycja ta nie nabrała realnych kształtów, gdyż wczoraj - jak zapewniał Besson - dżungla przestała istnieć, a cała operacja - wedle słów ministra - miała przebiec w miarę łagodnie. I tak rzeczywiście było, choć poważnie obawiano się prawdziwej wojny z mieszkańcami dżungli pod Calais.
W sąsiedztwie obozowiska stały przygotowane autobusy, do których upychano nielegalnych przybyszów i od razu odwożono do Calais. Tam będą przed sądami odpowiadali za naruszenie francuskiego prawa imigracyjnego, niektórymi zajmą się policjanci z wydziałów kryminalnych. Jednych czeka wydalenie z Francji, innych odsiadka za kratami. A odsyłać się tych ludzi będzie do kraju, który był ich ostatnim przystankiem na drodze do unijnej Francji.
Paryż już kilka dni temu ogłosił decyzję, że dżungla zostanie zlikwidowana, a miasteczko ze sklejek, szmat i kartonów będzie zniszczone.
Dżungla pod Calais powstała siedem lat temu po tym, gdy w tym mieście zamknięto ośrodek dla imigrantów prowadzony przez pracowników Czerwonego Krzyża.
Kiedy minister Besson meldował o zwinięciu obozowiska, brytyjski minister spraw wewnętrznych nie krył z tego powodu zadowolenia.
- Jeśli ktoś sądził, że francuska dżungla stanie się miejscem wypadowym na naszą ziemię, to był w błędzie - mówił na gorąco Johnson. - Wielka Brytania i Francja chcą pomóc tym, którzy zasługują naprawdę na miano uchodźcy. Ale pamiętajmy, że obóz pod Calais był siedliskiem dla wielu przestępców. I dla nich nie ma miejsca na naszej ziemi.
Najgorszą sławą otoczona była w tym obozowisku tzw. dżungla Pasztunów, gdzie schronili się przybysze z Afganistanu. Mieszkało tam około 300 ludzi, z których duża część, jak oceniała francuska policja, zajmowała się handlem narkotykami. Była też dżungla sudańska i dżungla somalijska. Między poszczególnymi podobozami dochodziło do krwawych starć. Atakowano też kierowców, którzy z Calais jechali na prom do Dover, bici byli przypadkowi ludzie, którzy z ciekawości zapuszczali się w te rejony.
Choć minister Besson odtrąbił sukces, to wielu francuskich polityków już dziś mówi, że niebawem na to miejsce powstaną inne obozy, bo do Francji nadal płynie fala nielegalnych imigrantów, którzy w Unii Europejskiej szukają lepszego życia.
A tymczasem sama Unia nie ma pomysłu, jak poradzić sobie z tym problemem. Jest pomysł, by nielegalnych imigrantów, którzy w tej chwili osiedlają się głównie we Francji, Włoszech i Hiszpanii, przesiedlać do innych krajów wspólnoty. Budzi to jednak sprzeciw państw, które musiałyby takich ludzi przyjąć.
Kazimierz Sikorski
Polskatimes.pl