|
19-letnia Brytyjka Samantha Millard źle się czuła i zadzwoniła na infolinię National Health Services, obawiając się, że mogła złapać wirusa A/H1N1, powodującego tzw. świńską grypę. Na infolinii doradzono jej, by wzięła Tamiflu. Po trzech tabletkach specyfiku i 72 godzinach dziewczyna leżała już w szpitalu, podłączona do aparatury podtrzymującej życie.
Po wzięciu feralnych tabletek Samantha Millard z Bicester (Oxfordshire) spędziła w szpitalu miesiąc, walcząc o życie po tym, jak rozwinęły się u niej dwie wyjątkowo groźne choroby, będące odmianą rumienia wielopostaciowego: zespół Stevensa-Johnsona i toksyczna nekroliza naskórka, które to spowodowały utratę wzroku i spełzanie dużych fragmentów jej skóry.
Po przeprowadzonych w szpitalu badaniach okazało się, że Samantha nigdy nie miała kontaktu z wirusem grypy A/H1N1. Ludzie z tej infolinii skrzywdzili moją córkę – cytuje serwis "Daily Mail" wypowiedź matki, 42-letniej Debbie Van Horenbeeck. – Kiedy powiedzieli jej, że ma świńską grypę, nie poinformowali jej o tym, że mogą nastąpić powikłania. Rząd stwierdził, że powinniśmy to brać, jeśli złapiemy świńską grypę.
Nastolatka wzięła tylko trzy z dziesięciu tabletek Tamiflu. Już po tej dawce dostała czerwonej wysypki, a w ciągu kolejnych godzin ciało pokryły pęcherze – tak, że aby je leczyć, trzeba było zgolić długie włosy dziewczyny.
Jak oceniają lekarze, leczenie Samanthy może zająć około dwóch lat. Nie jest jednak pewne, czy kiedykolwiek odzyska wzrok. Teraz, choć jej stan się poprawia, wciąż musi mieć zasłonięte oczy, musi wpuszczać krople co godzinę i osłaniać twarz przed słońcem.
W zeszłym roku brytyjskie media odkryły, że w niektórych infoliniach dla osób chorych na grypę "fachowych" informacji udzielały 16-letnie osoby, które przeszły zaledwie trzygodzinne szkolenie. waldek1984.info
|