W sprawie globalnego ocieplenia diagnozę zostawmy naukowcom. Spierajmy się o terapię - przekonuje Piotr Cieśliński
Z wielu stron słychać nawoływania, by wstrzymać się z podjęciem decyzji i działań w sprawie zmian klimatu do czasu, kiedy nauka zyska całkowitą pewność, że ocieplenie jest faktem i że winny temu jest człowiek. Z pozoru to racjonalne głosy, ale w istocie świadczą o niezrozumieniu tego, jak działa, czym jest i po co jest nauka.
Nauka bowiem nigdy pewności nie daje. Co więcej, wcale nie jest powiedziane, że naukowcy w sprawie ocieplenia klimatu się nie mylą. Wielokrotnie już zdarzało się, że stwierdzenia nauki, zdawałoby się pewne ponad wszelką wątpliwość, trzeba było uznać za fałszywe.
Ta wspaniała fizyka
Andrzej Kajetan Wróblewski w znakomitej książce "Prawda i mity w fizyce" przytoczył przykład słynnego błędu fizyków w sporze o ustalenie wieku Ziemi. Rzecz działa się w drugiej połowie XIX w. Geolodzy wtedy przyjmowali, że Ziemia powinna istnieć już od co najmniej setek milionów lat, a opierali to na przekonaniu, że procesy geologiczne, które wyrzeźbiły powierzchnię naszej planety, przebiegają nadzwyczaj powoli. Zgadzał się z tym Karol Darwin, któremu na rękę była bardzo powolna ewolucja biologiczna. Niespodziewanie atak na te poglądy przypuścił znakomity fizyk William Thomson, późniejszy lord Kelvin. Stwierdził, że Ziemia musi być znacznie młodsza - narodziła się co najwyżej 20-40 mln lat temu. Wywodził to z najlepszych ówczesnych przesłanek naukowych - ocenie czasu stygnięcia skorupy ziemskiej oraz zasobów energetycznych Słońca. Na posiedzeniu Towarzystwa Geologicznego w Glasgow w 1866 r. grzmiał: "Wydaje się, że nadszedł czas na wielką reformę w rozważaniach geologicznych. Obecna geologia brytyjska stoi w jawnej sprzeczności z zasadami filozofii naturalnej".
Kelvin był autorytetem, a jego argumenty na tyle poważne, że geologowie zaczęli rewidować swoje teorie. Jak pisze prof. Wróblewski: "Fizyka w XIX wieku była uważana, podobnie zresztą jak dziś, za wspaniałą naukę posługującą się najnowocześniejszymi metodami eksperymentalnymi i matematycznymi".
Ale Kelvin się mylił. Przede wszystkim dlatego, że ówczesna fizyka nie znała jeszcze promieniotwórczości, a oceny wieku planety na podstawie tempa stygnięcia były bezsensowne, bo - jak dziś wiemy - wnętrze planety rozgrzewa rozpad promieniotwórczych izotopów. Podobnie mylne były wyobrażenia o źródle energii Słońca i wieku tej gwiazdy.
Obecnie może być podobnie. Bo, paradoksalnie, wraz z odkryciami nauki wcale nie zmalały obszary naszej niewiedzy. Wręcz przeciwnie - coraz lepiej zdajemy sobie sprawę z ogromu tego, czego jeszcze nie wiemy.
Zimny prysznic zimną syntezą
Nauka błądzi również z innego powodu - niedoskonałości ludzkiej natury. Naukowcy powinni być bezstronnymi obserwatorami przyrody, ale przede wszystkim są tylko ludźmi, mają swoje poglądy, żyją w świecie skażonym różnymi ideologiami, czasem oszukują. I to oczywiście odbija się na wynikach badań. Nawet takich, w których dane zbiera się za pomocą precyzyjnych przyrządów, a ich analizy dokonuje bezduszny komputer.
Kiedy na początku XX wieku mierzono prędkość światła, to wynik wielu niezależnych pomiarów bardzo szybko ustabilizował się w pobliżu pewnej wartości średniej. To nie dziwi, wszak tego się można było spodziewać wraz ze zwiększającą się dokładnością przyrządów i zręcznością eksperymentatorów. Ale, co ciekawe, wkrótce okazało się, że prawdziwa prędkość światła jednak jest nieco inna. Jak to możliwe, że tak wielu się pomyliło?
Nauka może nie jest idealną metodą badania rzeczywistości i wyrabiania sądów o niej, ale lepszej nie znamy
W każdym skomplikowanym eksperymencie, który ma dać lepszy wynik niż wcześniejsze, na początku zwykle otrzymuje się rezultat daleko odbiegający od właściwego. Naukowcy więc dostrajają przyrządy, krok po kroku eliminują błędy i zakłócenia, żeby wreszcie uzyskać wymarzoną precyzję. Ale zaprzestają szukania dziury w całym, kiedy tylko dostają wynik bliski temu, który jest przyjęty jako obowiązujący. Tym można tłumaczyć dużą zgodność wyników niezależnych badań, które jednak w rzeczywistości wszystkie są obarczone znacznym błędem.
Naukowcy są czasem jak sfora psów, które rzucają się na swą ofiarę i biegną w tym samym kierunku co reszta stada. Kiedy pod koniec lat 80. dwóch amerykańskich fizyków ogłosiło, że udało im się uzyskać w laboratorium zimną syntezę jądrową (dzięki czemu można byłoby uzyskać energię gwiazd, ale bez ich piekielnej temperatury), to wiele laboratoriów na świecie, m.in. w Polsce, powtórzyło ten wynik. A to była fatamorgana.
Aż mózg rośnie
Mózg naukowca to instrument podatny na największe zakłócenia. Jeśli badacze są przywiązani do jakiejś idei czy systemu wartości, to potem - podświadomie - starają się je potwierdzić. Doskonale ilustrują to właśnie badania nad mózgiem. Przed ponad stu laty precyzyjne pomiary wielkości i kształtu mózgu miały dowodzić wyższości "rasy białej". W mózgach Afrykanów znajdowano "małpie bruzdy" i wykazywano, że są bardziej podobne do mózgów pawianów niż Europejczyków. Zgadzał się z tym jeden z największych ówczesnych autorytetów niemiecki neurolog Korbinian Brodmann, który na początku XX w. sporządził pierwszy atlas ludzkiego mózgu i badał ten organ w pełni "obiektywnie": ciął na plasterki, ważył, mierzył, preparował i fotografował.
Obserwowane "bruzdy" i różnice w budowie mózgów z biegiem czasu znikły jak sen i przestały być "faktem" naukowym, ale jeszcze po drugiej wojnie światowej porównywano wielkość czaszek i wyciągano z tego wnioski. Kilka lat temu antropolog Leonard Lieberman spostrzegł, że wyniki tych pomiarów oscylowały tak jak zmiany kulturowych poglądów na różnice między grupami etnicznymi. Na przykład w latach 80. ubiegłego wieku wraz z rosnącą potęgą Azji na światowej scenie "rosły" też mierzone czaszki Azjatów. Holenderski badacz historii nauki Douwe Draaisma w książce "Rozstrojone umysły" cytuje znamienne słowa antropologa Jonathana Marksa: "Powinniśmy odczuwać podziw wobec powiększenia się rozmiaru czaszek azjatyckich, co widocznie nastąpiło w ciągu ubiegłego półwiecza, wcześniejsi badacze niezmiennie donosili bowiem, że Azjaci mają mniejsze mózgi niż biali. Oczywiście implikuje to możliwość, że w porównywalny sposób powiększy się rozmiar czaszek czarnoskórych. Albo, co jeszcze bardziej prawdopodobne, implikuje to możliwość, że naukowcy zdołają znaleźć dokładnie to, czego się spodziewają, jeśli tylko w wystarczającym stopniu przyczyni się do tego aspekt społeczny i polityczny".
Klimatyczne puzzle
Myślicie, że właśnie daję do ręki argumenty klimatycznym sceptykom, którzy twierdzą, że współczesne badania klimatologów są funta kłaków warte, robione pod dyktando lewicowej, zielonej, alterglobalistyczej czy jeszcze jakiejś innej ideologii?
Nie. Wniosek jest całkiem inny. Dzięki metodzie naukowej nasza cywilizacja w krótkim czasie osiągnęła więcej niż kiedykolwiek w dziejach. Nauka się sprawdza, ale jak widać z powyższych przykładów, nie dlatego, że naukowcy są kryształowo uczciwi, wolni od uprzedzeń i nieomylni. Przeciwnie, nauka działa mimo wszystkich swych niedoskonałości. Może nie jest idealną metodą badania i wyciągania sądów o obiektywnej rzeczywistości, ale lepszej nie znamy. Dzięki niej żyjemy coraz lepiej, dłużej, zdrowiej, latamy przez ocean i na Księżyc. Dlaczego więc teraz mielibyśmy jej nie zaufać? Dlaczego mielibyśmy odrzucić to, co nam mówi o globalnym ociepleniu? Raporty Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC) są esencją wszystkich publikowanych prac naukowych dotyczących zmian klimatu (również tych nielicznych, które podważają wpływ człowieka na klimat). To nasza zbiorcza wiedza, jak zawsze niepełna i nie do końca pewna. Ostatni raport ocenia na ponad 90 proc. prawdopodobieństwo tego, że za ocieplenie odpowiedzialna jest emisja CO2 spowodowana działalnością człowieka.
Oczywiście są naukowcy, którzy nie zgadzają się z tą analizą. I bardzo dobrze, taka jest rola badacza w metodzie naukowej - być sceptycznym, wątpić, szukać dziury w całym. Może któryś z idących pod prąd zostanie nowym Einsteinem, choć częściej zabrnie w ślepą uliczkę. Ale też przypomnijmy - rewolucje w nauce, również ta Einsteina, zwykle nie wyrzucały do kosza dotychczasowych ustaleń, tylko je poszerzały.
Jest więc prawdopodobnie, że szacunki IPCC ulegną zmianie, że dane zostaną uzupełnione, pojawią się nowe fakty. Będą raczej jak nowe fragmenty puzzli, które uzupełnią układankę, lecz jej nie rozwalą.
Nie miejmy jednak złudzeń - 100-proc. pewności nie będzie nigdy. Musimy się zmierzyć z problemem, dysponując tą wiedzą, którą mamy dziś. Najgorszym wyjściem byłoby schować głowę w piasek i nie robić nic. To tak, jakbyśmy po odkryciu AIDS czekali z założonymi rękami, zamiast szukać szczepionki na tę chorobę, gdyż wciąż są nieliczni sceptycy, którzy mimo wielu dowodów naukowych nie wierzą w to, że AIDS jest wywoływane przez wirusa.
Internetu nie przewidział nikt
Warto jednak mieć świadomość tego, że jedną rzeczą jest postawić właściwą diagnozę, a inną - znaleźć udaną terapię. Do dziś mimo wieloletnich wysiłków nie udało się znaleźć szczepionki na HIV. Podobnie nie wiadomo, jaki efekt przyniosą działania w sprawie naprawy klimatu.
Decyzje, w co zainwestować pieniądze, należą już do polityków, a nie naukowców. Tak naprawdę właśnie tego dotyczą dzisiejsze gorące spory - wyboru terapii. Tu jest się o co spierać.
Możemy postawić na nowe technologie. W nich dotąd nasza cywilizacja znajdowała sposoby na rozwiązanie swych kłopotów - antybiotyki dały nam oręż do walki z chorobami zakaźnymi, nowe odmiany zbóż złagodziły problem głodu, a internet - kwestię obiegu coraz większej ilości informacji. Czekanie na rewolucyjne innowacje technologiczne to jednak wielka loteria. Gdyby wierzyć w zapowiedzi z lat 60., już dawno powinniśmy w kontrolowany sposób czerpać czystą i tanią energię z syntezy termojądrowej, zakładać kolonie na Marsie i wspomagać się sztuczną inteligencją. Nikt natomiast nie przewidział tego, że powstanie internet. Łatwiej znaleźć przykłady prognoz, które zawiodły, niż tych, które się spełniły.
Pewniejsze wydają się terapie gotowe do natychmiastowego wdrożenia, np. ograniczenie emisji CO2. Ale czy już dziś mamy zacząć ponosić związane z tym wielkie koszty ekonomiczne i społeczne? Może pozostawić trudy zmagania się ze skutkami zmian klimatu przyszłym pokoleniom - tak samo jak dziś dopuszczamy do coraz większego zadłużania państwa, choć to nasze dzieci i wnukowie będą w końcu musieli załatać dziurę budżetową. To problem bardziej polityczny i moralny niż naukowy.
Naukowców zostawmy w spokoju. Niech robią swoje. Nie mają patentu na nieomylność, ale ich ekspertyzy są nam niezbędne jak zawsze do tej pory. Piotr Cieśliński 
|