|
Didier Lombard, prezes France Telecom, został w tym tygodniu wezwany na spotkanie z Xavierem Darcosem, francuskim ministrem pracy. Obydwaj znaleźli się w niewygodnej sytuacji. Darcos był tam zarówno jako urzędnik państwowy jak i akcjonariusz – Francja wciąż ma 27-procentowy udział w telekomunikacyjnym gigancie.
Pozycja Lombarda była jeszcze mniej komfortowa. Musiał wytłumaczyć, dlaczego w ciągu ostatnich 18 miesięcy 23 jego pracowników odebrało sobie życie. W dniu Święta Bastylii w Marsylii znaleziono ciało 53-letniego pracownika Telecom, Michela Deparisa. Zostawił list pożegnalny, w którym wskazywał pracodawcę jako „jedyny powód” swojej śmierci. Związki zawodowe od dwóch lat ostrzegały, że model biznesowy Telecomu wystawia pracowników na nadmierny stres. Szybko rozciągnęli wytłumaczenie Deparisa na inne niedawne samobójstwa, do których doszło w firmie, w tym dwa kolejne z zeszłego tygodnia. Pozornie jest w tym pewna logika. Ale tylko pozornie.
France Telecom wciąż jest mieszanką elementu państwowego i prywatnego. W momencie prywatyzacji w 1996 roku, firma zatrudniała 160.000 pracowników, którzy mieli godne pozazdroszczenia gwarancje przysługujące funkcjonariuszom państwowym. Prywatna firma uznała, że tylu nie potrzebuje, szczególnie gdy Telecom zadłużył się na dziesiątki miliardów euro, by w 2000 roku kupić brytyjskiego operatora komórkowego Orange od Vodafone. Ale gospodarka nie tworzy już miejsc pracy takich jak te, więc pracownikom nie spieszyło się z odchodzeniem. Około dwóch trzecich zatrudnionych we France Telecom wciąż ma status funkcjonariuszy państwowych. Średnia wieku pracowników zbliża się do 50 lat.
France Telecom przygotował program wcześniejszych emerytur. Zaczął przydzielać też ludzi do zadań innych, niż byli pierwotnie szkoleni (we francuskiej prasie przedstawiane jest to tak, że inżynierowie zostają sprzedawcami telefonów komórkowych). Tym przesunięciom towarzyszyła często relokalizacja: ludzie byli przydzielani do placówek z dala od swoich domów. Być może dla France Telecom był to sposób na utrzymanie wielu sensownych ludzi, których praca w nowej gospodarce stała się zbędna. Jednak dla związków zawodowych pachniało to wywieraniem presji na pracowników, tak by w końcu sami ulegli i odeszli. Odsetek absencji wzrósł do astronomicznych poziomów. Według dziennika gospodarczego Les Echos wynosił średnio 20 dni w roku. To więcej nawet niż w przypadku nauczycieli szkół państwowych, których miganie się od pracy stało się narodowym skandalem. Dwa związki zawodowe we France Telecom powołały w 2007 roku organ mający monitorować poziom stresu w pracy. Lombard zaczął odchodzić od swojego stylu „energetycznego zarządzania” i retoryki mówiącej o konieczności dostosowania się do zmieniających się technologii. Zawiesił program przenoszenia pracowników do 31 października i obiecał, że „France Telecom w grudniu nie będzie tym samym France Telecom co dzisiaj”.
Warto oczywiście zadać pytanie, czy niestabilność współczesnego rynku pracy nie przekroczyła granic wytrzymałości pracowników. Zmiany technologiczne w sektorze telekomunikacyjnym mogą przerastać zdolności przeciętnego pracownika do nauczenia się ich. Nie zawsze tak będzie, ale w chwili obecnej to męczarnia. Z punktu widzenia France Telecom będzie uczciwe i rozsądne zbudowanie bardziej ludzkiego miejsca pracy.
Jednak łączenie warunków pracy z samobójstwami to zupełnie inna sprawa. Samobójstwo jest przerażającym zakłóceniem naturalnego porządku. Bardzo potrzebujemy interpretacji, według której ono „coś” znaczy. Alternatywą jest bezsensowna śmierć, a z tą myślą bardzo trudno nam się pogodzić. Przekonywająca narracja jest pocieszeniem. Jednak po oddaniu zmarłemu szacunku, sceptycyzm jest właściwą reakcją na narracje, które tworzą wokół niego żywi. Zawsze istnieje pokusa, by interpretować samobójstwo w sposób ideologiczny. Podczas fali samobójczych zamachów na terytoriach palestyńskich na początku tej dekady, eksperci szybko orzekli, że ludzi rozrywających się bombami pchała do tego „desperacja”. Czy mamy uznać, że ostatni spadek liczby tych zamachów oznacza, że desperacja jest mniejsza? Odwiecznym argumentem amerykańskiej antysocjalistycznej retoryki jest pytanie, dlaczego, skoro socjalizm jest taki wspaniały, Szwecja ma najwyższy odsetek samobójstw na świecie (w istocie nie jest i nigdy nie był).
Czynniki ekonomiczne mogą mieć znaczenie. „The Lancet” opublikował latem zeszłego roku artykuł pokazujący korelację pomiędzy bezrobociem a samobójstwem. Jest jednak wysoce nieprawdopodobne, by to France Telecom doprowadził swoich pracowników do śmierci. Jakkolwiek by tego nie analizować, odsetek samobójstw w koncernie jest niższy niż we francuskim społeczeństwie jako takim. Nawet po latach restrukturyzacji France Telecom to ogromna firma, zatrudniająca 102.000 ludzi. To oznacza, że podczas wspomnianego skoku liczby samobójstw jego pracownicy odbierali sobie życie w rocznym tempie 15 na 100.000. Francja ma niestety bardzo wysoki odsetek samobójstw, o 50 procent wyższy niż w USA i ponad dwa razy większy niż Wielka Brytania. Co roku około 12.000 ludzi odbiera sobie życie, czyli około 17,6 na 100.000, wynika z danych Światowej Organizacji Zdrowia. Wszyscy samobójcy z France Telecom poza jedną osobą byli mężczyznami, w większości tuż po pięćdziesiątce. Jeżeli ta grupa jest bardziej podatna na samobójstwa w Telecom, ta sama prawda dotyczy całego społeczeństwa. Odsetek samobójstw wśród francuskich mężczyzn w wieku 45-54 lata wynosi ponad 40 na 100.000.
Dlaczego Lombard nie przedstawił tych argumentów publicznie? Prawdopodobnie jakiś konsultant od wizerunku poradził mu, że nie ma sensu walczyć z silnie moralizowaną narracją, która przebija się do wieczornych wiadomości. Jeżeli tak, to jest to mądre posunięcie. Po samobójstwie często następuje poszukiwanie kozła ofiarnego. Dla tych, którzy kochali ofiarę jest jasne, że cierpiała ponad miarę. Zdjęcie z niego winy za samobójczy akt i zrzucenie jej na kogoś innego może się wydawać gestem miłości – ostatnim jaki możemy zaoferować. Pragnienie by to zrobić jest zrozumiałe. Wynika po części ze szlachetnych pobudek, ale nie należy go mylić z racjonalną oceną sytuacji.
Autor: Christopher Caldwell Autor jest redaktorem w „The Weekly Standard”
|