|
Traktat lizboński znów napotyka na przeszkody. Nawet jeśli w przyszłym tygodniu Irlandia zaaprobuje dokument w referendum, Czechy mogą opóźnić ratyfikację o kilka miesięcy. To z kolei umożliwiłoby brytyjskim konserwatystom zorganizowanie plebiscytu podobnego do irlandzkiego – a tym samym ostateczne pogrzebanie traktatu.
Jak ujawniła wczoraj brytyjska prasa, podczas czwartkowego szczytu UE premier Czech Jan Fischer w prywatnej rozmowie ostrzegł pozostałych przywódców o problemach z ratyfikacją. Eurosceptyczny czeski prezydent Vaclav Klaus zamierza bowiem za pomocą grupki lojalnych senatorów po raz drugi skierować traktat do trybunału konstytucyjnego. To opóźni jego przyjęcie o 3-6 miesięcy. 
Może to oznaczać, iż nie wejdzie on w życie do czasu wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii, które muszą się odbyć najpóźniej wiosną. Brytyjski parlament co prawda ratyfikował Lizbonę już zeszłym roku, ale przymierzający się do przejęcia władzy lider konserwatystów David Cameron kilkakrotnie obiecywał, że jeśli traktat nie będzie jeszcze w mocy, umożliwi rodakom wypowiedzenie się na ten temat.
Taka perspektywa przeraża unijnych przywódców, bo referendum w Wielkiej Brytanii oznacza niemal pewne odrzucenie traktatu. Nic dziwnego, że podczas szczytu prezydent Francji Nicolas Sarkozy z furią zareagował na słowa Fischera, grożąc Czechom poważnymi konsekwencjami.
Nie zniechęca to jednak Camerona - jego ludzie nieformalnymi kanałami wręcz namawiają Czechów do zwłoki. Na dodatek eurosceptycy z jego własnej partii domagają się referendum, nawet jeśli traktat wejdzie już w życie. Z tym, że w takiej sytuacji byłoby to de facto głosowaniem nad pozostaniem lub opuszczeniem UE. A tej drugiej opcji umiarkowanie eurosceptyczny Cameron wcale nie chce. bjn dziennik.pl
|