Trzy strzały, jakie rozległy się w sadzie, są świadectwem napiętej sytuacji wokół nowej gruzińskiej linii frontu. Dla policjantów ukrywających się za betonowymi blokami 50 m od rosyjskiej straży granicznej i południowoosetyjskich bojówek stojących po drugiej stronie pasa ziemi niczyjej to tylko codzienna prowokacja.
Od lotniczych prowokacji zaczęła się w sierpniu ub.r. rosyjska inwazja na Gruzję. W operacji uczestniczyły SU-27 i MIG-29 (© REUTERS) Philip Pank "The Times" - Co noc urządzają strzelaniny, bawią się jak dzieci - mówi gruziński oficer. - Piją razem, a potem na nic nie patrzą, tylko strzelają, gdzie popadnie.
Wieloletnia eskalacja przemocy w separatystycznej Południowej Osetii w sierpniu ubiegłego roku doprowadziła do wojny. Gdy przez tunele Kaukazu do Gruzji weszli rosyjscy żołnierze i czołgi, Gruzini uciekali ze swoich wiosek, albo ginęli.
Rząd w Tbilisi i ci, którzy opuścili domy, obawiają się kolejnej eskalacji, bo Rosja znów pręży muskuły. W poniedziałek 8,5 tys. rosyjskich żołnierzy, 200 czołgów, 450 pojazdów opancerzonych i 250 dział wróci na Kaukaz na manewry.
Gruzini mówią, że pewnie dołączą do tysięcy żołnierzy rosyjskich, którzy od ubiegłego lata stacjonują w dwóch separatystycznych regionach.
Zachód pewnie nie dowie się, co będzie się działo, bo Moskwa sprzeciwiła się obecności międzynarodowych obserwatorów w Abchazji. Punkty kontrolne, przez które przechodzą cywile powracający do Osetii Południowej, zaostrzyły kontrolę.
Dyplomaci, którzy w ubiegłym roku dali się zaskoczyć inwazją, nie wierzą w możliwość wybuchu kolejnego konfliktu, ale mieszkańcy wiosek graniczących z linią frontu są przekonani o jej nieuchronności.
- Wyrzucili obserwatorów, bo im przeszkadzali robić to, na co mają ochotę. Boimy się, że znów się zacznie. Szykują się do nowej wojny - uważa Givi Tseveteli.
Tseveteli, ojciec dwójki dzieci, ma powody do obaw. W ubiegłym roku wypędzono go wraz z wszystkimi Gruzinami z ich wsi Erengeti, niedaleko stolicy Południowej Osetii. Milicjanci splądrowali i spalili 120 domów, nazywając akcję "czystką etniczną".
Jego dom to zwęglone zgliszcza. Jednak podobnie jak inni mieszkańcy, musiał wrócić, bo zamknięto mieszkania zastępcze, w których mieszali. Nocują w szopie w ogrodzie. - Nie mamy dokąd pójść - wyjaśnia Tseveteli.
Mieszkańcy wsi nie mogą pracować w polu, bo wszędzie są miny i bomby... - Boimy się. Co noc słychać strzelaninę - mówi Darejani, żona Tseveteliego.
Dramatyczna sytuacja, w jakiej oprócz nich wciąż znajduje się 20 tys. Gruzinów mieszkających w obozach dla uchodźców, zaostrzyła kryzys. Protestujący domagali się odejścia rządu. Krytycy są zdania, że prezydent Saakaszwili wpadł w rosyjską pułapkę, gdy jego wojska rozpoczęły działania w Osetii Południowej, dając Rosji pretekst do inwazji. Twierdzą, że Saakaszwili jest nieprzewidywalnym politykiem, który potraktował poparcie Zachodu jako gwarancję obrony przed Rosją. Poczucie niepewności wzmagają oddziały prewencyjne, które tłumią protesty, nie stroniąc od przemocy.
Rząd z nieufnością przygląda się rosyjskiej taktyce. - Oczywiście, że się niepokoimy, bo schemat jest dokładnie taki sam jak rok temu - powiedział "Timesowi" David Bakradze, parlamentarzysta i sprzymierzeniec prezydenta. - Rosjanie zwiększają obecność militarną i prowadzą manewry na szeroką skalę, bezpośrednio grożąc Gruzji, a przy tym cały czas utrzymują, że Gruzini się zbroją i chcą zacząć wojnę, więc oni będą musieli odpowiedzieć.
Prezydent nie ma pewności, czy pokój się utrzyma. - Proszę o jakieś łatwiejsze pytanie - powiedział "Timesowi" zapytany, czy Gruzji nie grozi wejście rosyjskich wojsk. - Nie wiem, co Władimirowi Putinowi chodzi po głowie. Myślę, że wszyscy oprócz niego chcą pokoju.
- Nie zauważyłem, by poziom prowokacji był wyższy niż ubiegłego lata, ale wszystko możliwe - powiedział anonimowy zachodni dyplomata.
Inny dodał, że rosyjskie wojska w Osetii Południowej są już o godzinę od Tbilisi. - To tak, jakby mieszkać w Londynie z rosyjskimi czołgami u bram Windsoru - zauważył.
W tej kryzysowej sytuacji Saakaszwili przygotował imponujące przedstawienie dla prasy. Jego zachowanie podczas wizyty w winnicach, gdzie obiecał subsydia i sprzęt oraz tak chętnie pozował do zdjęć z turystami, było połączeniem uroku Obamy ze starą dobrą propagandą w sowieckim stylu. Kiedy usiedliśmy przy zastawionym lokalnym jedzeniem stole, Saakaszwili wyrzucił z siebie oburzenie na krytyków, którzy oskarżają go o rozpętanie wojny z Rosją. - To gruzińskie terytorium, dlatego to brednie, że rozpętaliśmy wojnę na własnym terytorium! Nie zaatakowaliśmy Rosji - powiedział "Timesowi" Saakaszwili.
- Jeśli są jacyś idioci, którzy twierdzą, że to my rozpoczęliśmy wojnę, to są w błędzie - mówi. I zapowiada, że nigdy nie zrezygnuje z powodu swojej ówczesnej decyzji.
Wykształcony w USA prawnik, który przewodził tzw. rewolucji róż, oskarżył Putina o inwazję na Gruzję, by przejąć rurociągi, którymi transportuje się ropę i gaz z Azji Środkowej do Europy. Mimo obecności wojsk rosyjskich "okupujących" sporne terytoria w Osetii Południowej i Abchazji - oba uważane przez Moskwę za niezależnie państwa - Saakaszwili nadal uważa, że przyjęcie Gruzji do NATO "jest realne".
Tłum. Lidia Rafa http://polskatimes.pl/
|